Calpe/Hiszpania , treningi rowerowe :)

0

                 17 maja 2017, środa

Nareszcie basen! Wreszcie wróciłam do pływania… po 25 dniach. To niesamowicie jak spada od razu wszystko. Ręce bolały, a moi towarzysze wyprzedzali mnie jak chcieli. No cóż to jest następstwo braku treningów. Ale spokojnie, muszę zachować pewną systematyczność w wychodzeniu z kontuzji. Jeśli coś przeoczę lub zrobię za szybko, cały misterny plan wrócenia do pełnej sprawności w tym sezonie, rozleci się w „drebiezgi”. Już doświadczyłam parę razy co dzieje się, jeśli nie słucha się mądrzejszych od siebie i pędzi nie wiadomo gdzie i po co, byle coś zrobić.

Poważna, kolejna kontuzja, która wymiotła mnie 23 kwietnia z areny biegaczy, spowodowała, że wreszcie trafiłam do świetnego fizjoterapeuty. Ponieważ byłam kompletnie załamana perspektywą niepojechania na wyjazd kolarski do Calpe/Hiszpania – mekki kolarzy, postawiłam wszystko na jedną kartę. Udałam się do Szczepana Figata. Słyszałam jakie cuda robił z Olgą Kowalską w tamtym sezonie, więc miałam nadzieje, że uda się mu i moją osobę postawić na nogi. Na nogi Szczepanowi udało się mnie postawić w 3 tygodnie – czyli nie kuleć, ale już w tydzień po kontuzji byłam gotowa jechać do Hiszpanii! Mogłam dowoli kręcić! Chociaż schodząc z roweru miałam sztywną, nieuginającą się prawą nogę.

IMG_5007Hiszpania okazała się niezbędnym treningiem do następnych moich wyczynów. Calpe to przecudowne miejsce, gdzie wykręciłam 350 km i wyjechałam 5 tysięcy metrów przewyższeń. Niesamowite jest to, że jest tylko JA i Natura. Wjeżdżam na górę, przepycham koło za kołem, męczę się, dyszę, płaczę, klnę …. A potem dojeżdżam na szczyt i jestem taka szczęśliwa. Jest tak pięknie! Nie ma piękniejszych widoków, od tych, które widzisz po wspinaczce rowerowej. Cudowny pejzaż, błękitne niebo, słońce.. boże jak cudownie, jak pięknie. Mam ochotę wszystko fotografować i dzielić się moim szczęściem ze wszystkimi. Zdjęcia i tak nie oddają tej niesamowitej mocy przyrody, tego powietrza, tego zapachu, tej świeżości, tej chwili. Chciałabym zachować to w najgłębszej szufladzie mojego umysłu i sięgać do niej jak tylko będzie mi źle. Po nasyceniu się widokami, chociaż chyba nigdy nie można do końca się nasycić, czas założyć kurtkę i popędzić w dół. To najbardziej lubię! :) Długie zjazdy powodujące rozwijanie prędkości do 50 km/godz. , mnóstwo serpentyn na których trzeba lekko pochylić rower i płynnie złożyć się w zakręt i pędzić coraz szybciej i szybciej. Czasami tylko ręce zaczynają boleć od hamowania przed ostrymi zakrętami. Cały czas trzeba zachować czujność, jedno głupie odprężenie może kosztować poważne uszkodzenie ciała. Krzysiuk wie coś o tym… dlatego stale mnie upomina przy zjazdach: nie rozluźniaj się, pilnuj, bądź rozważna. I nawet dodaje PROSZĘ! Nie szalej! :) A ja szaleję! :)Kto nie lubi długim zjazdów? Po prostu najlepsze! Traktuję to jako nagroda za jazdę pod górę! Trochę się tych szczytów zjechało: Guadalest, Bernia, Coll de Rates. Uwielbiam to! Mój urlop? To jest mój czas wolny, to jest to! Spędzę wszystkie dni mojego urlopu w takich okolicznościach przyrody – kolarstwo górskie! Weszło we mnie! Pasuje mi jak ulał! :)

W sumie dzięki Krzysiu! :)

IMG_4884 IMG_4887 IMG_4928 IMG_4942 IMG_4949 IMG_4958 IMG_4965 IMG_4978 IMG_4988 IMG_4912 IMG_4904 IMG_4902 IMG_4881 IMG_4875 IMG_4860 IMG_4884 IMG_4919 IMG_4882 IMG_5037

Orlen Maraton….

0

23 kwietnia 2017, niedziela 

Maj mówił mi i uprzedzał, odpuść sobie ten bieg, po co ci to. Dopóki ńie będziesz miała diagnozy, pohamuj sie. Zdecydowałam sie przekazać pakiet startowy Dawidowi. Ale w piątek , czyli dwa dni przed biegiem okazało sie, ze jest jeszcze jeden wolńy pakiet, bo ktoś zachorował i wtedy wymyśliłam sobie, wtedy wpadłam na ten ńiedorzeczńie głupi pomysł, ze pobiegnę razem z Dawidem – matka z synem. Nagle zapomniałam o wszystkich ostrzeżeniach i ublagalam Maja, zeby mnie nie zatrzymywal, wręcz to był szantaż emocjonalny. Wreszcie zgodził sie na trucht i postawił warunek zejścia z trasy zaraz po tym jakby mnie coś zaczęło bolec. Bylam szczęśliwa i zupelnie odebrało mi rozum.

Rano zadzwonił do mnie Dawid, ze jednak nie pobiegnie, bo zle sie czuje. To był znak żebym i ja nie biegła, ale nie odczytałam go. Byłam jak zaprogramowana maszyna ….  i pobiegłam.

Stalo sie. Zgodnie z Majowymi przewidzeniami na 6 km zepsułam kompletnie nogę , w stawie podskokowym. Do tego nie zeszłam, a wciąż szlam czy lekko truchtałam do mety…..dlaczego?…….nie pytaj…. nie wiem….

Byłam u ortopedy. Ten po obejrzeniu Rtg uznał ze ma stan zapalny stawu podskokowego. Dam tabletki i już. Następnego dnia mam umówiona wizytę u Szczepana Figata znanego fizjoterapeuty z kolanami. Z jego opinii wynika, że wszystkie ostatnie moje dolegliwości : kolan, piszczeli i ostatnio stawu podskokowego to dolegliwości wynikające z powiezi. I wziął sie za mnie. Odnalazł najbardziej bolące 5 punktów w prawej nodze, a potem sie na mnie wyzywał, czyli uciskał te miejsca tak mocno, ze wyłam z bólu. Ale ból rzeczywiście po kilkudziesieciu sekundach (do kilku minut) ustępował…. Nie wiem jakim cudem, ale nagle ból zanikał. Uwierzyłam ze to dobry kieruneK i pozwoliłam uciskać moj bolący staw skokowy. Wyobraź sobie ogromnego siniaka i czyjs paluch grzebiący w jego epicentrum. Tak właśnie sie czułam. Myślałam, ze stracę przytomnosc. Po chwili miałam wstać i pójść bez kulania…..Nie udało sie. Ale wierze, ze noga teraz odbudowuje sie, kwas hialuronowy na nią podziała a ja będę mogła w sobotę pojechać na upragniony wyjazd do Hiszpanii na rower….

Obturacja …..

0

21 kwietnia 2017, piątek

Zaczynałam sie martwić, zeby nie powiedziec wkur…. Nie mogłam zapanować nad swoim oddechem na basenie. To było straszne. Mimo przyjmowania leków rozkurczajacych oskrzela, nie byłam w stanie wydajnie pływać. Treningowe ćwiczenie nabierania oddechu co piąty ruch ręka , dla mnie było nie do przejścia. Nie mówiąc już o oddechu co 7-my ruch. Na sprawdzianach nie udawało mi sie powtórzyć swoich wyników,  a co dopiero polepszyć. Na szczęście znajomi zauważyli, ze jestem przemęczona i wręcz nakazali sie zbadać. Spirometria wskazała jednoznacznie: obturacja. Trochę sie ucieszyłam bo nareszcie wiem co mi jest. W następnym tygodniu mam spirometrie badająca czy jest to odwracalna obturacja…. Wierze, ze tak jest. Za dużo w tym roku szpitalow i poważnych chorób wsród najbliższych….

Za tydzień na długi weekend majowy jadę do Calpe z Krzysiukiem. Uwielbiam te wypady. Spontaniczne, al e zorganizowane do perfekcji, na luzie, ale dajemy po górach az sie dymi pod kaskiem. Tego mi trzeba! Na sterydach pojadę jak ta lala, zeby nie powiedzieć jak Boergen na nartach .  

Pogoda w tym roku nie dopisuje na wyjeżdżania na zewnątrz. Jutro zaplanowałam sobie Gassy, ale słyszę, ze za oknem wiatr i deszcz ( jest 3 w nocy, nie mogę spać po tych lekach, musze je brać wcześniej). Chciałam przewietrzyć Mambe. W sumie jeszcże nie była w Gassach. Chętnie zrobiłabym test czasowy. . Jestem strasznie ciekawa czy „pojedzie”….

Majorka – pierwszy wyjazd rowerowy w góry

0

07 kwietnia 2017, piątek

Bo w życiu chodzi o to, żebyśmy się spełniali… Ile razy stajemy przed prostym pytaniem, a nie wiemy co odpowiedzieć. Ile razy odkładamy na później ważne dla nas rzeczy, bo nasze to nie są ważne. Ile razy godzimy się na coś, na co nie mamy ochoty… Czy warto? Każdy dzień jest ważny. Każdy dzień musimy pamiętać. Nikt za nas nie umrze! Nie poddawać się.Postanowilam i ja zrobić to, co chciałabym zrobić, a nie oszczędzać i robić przyjemności innym, choć i to jest bardzo przyjemne. Ale tym razem wzięłam i podjęłam decyzję o wylocie weekendowym na Majorke, taki wypad rowerowy. Z Krzysiukiem jest świetnie. Nie ma jak to ten Sam świr na ten Sam temat, jesteśmy z tej samej bajki, reagujemy podobnie na te same rzeczy, śmiejemy się z tych samych dowcipów…..może to szkoła i środowisko nas podobnie  ukształtowały? Obydwoje byliśmy podekscytowani wyjazdem. Dla mnie zupełna nowość. Góry i rower szosowy… Martwiłam się bardzo. Wiadomo taki mistrz! A ja Kaśka . Więc jak będzie? A było cudownie. Przeżycia niedoopisania. Ciągniesz pedałami przez 14 km, pod górę o nachyleniu 14-16%. I wtedy myślisz sobie: i po co żarłam te rureczki, te pyszne czekolady, po co piłam tyle kaw ze smakowymi, najsłodszymi syropami świata, po co mam tę nadwyżkę 4 kg. Oj ciężko, ciężko było. :( małe_3

Pierwszy dzień to 140 km. Powrót jakieś 40 km, chociaż po równym to silny wiatr sprawił, ze kolana prawie odmówiły mi posłuszeństwa. Rezultat był taki, ze dojechaliśmy do wybrzeża o zachodzie słońca, zjedliśmy krewetki i już nie starczyło nam sił na pójście gdziekolowiek na spacer. małe_2

małe_4małe_1Drugiego dnia zrobiliśmy ciężkie 115 km, ale było pięknie. Słońce, cudowne widoki, przełęcze i wysokie góry. Nieustępujący silny wiatr spowodował, że znowu ciężko było wrócić. Tym razem zmobilizowalismy się i po odstawieniu rowerów poszliśmy w tzw. miasto….żeby rozruszać nogi. Następnego dnia mieliśmy już lot do Wwy, ale nie bylibyśmy świrami, gdybyśmy nie pojechali o świcie jeszcze na ostatni rozjazd. :) Jeszcze słońce nie wstało, a my gnaliśmy ponad 45 km/h na druga stronę wyspy. Było pięknie. Szeroka droga, żadnych samochodów, nikogo. Wschód słońca. Czy jest coś piękniejszego? Ta prędkość była podejrzana. Ale wyglądaliśmy bardzo profesjonalnie! Rzeczywiście powrót był trochę wolniejszy, z powodu wiatru. Ale w związku z tym, że była to ostatnia jazda, daliśmy moc na 200%. Uff! Zgrzałam się!

Śniadanie smakowało wysmienicie. Mniam! Zjadłam ze 100 tostów z pomidorami, jogurt z musli i truskawkami oraz wypiłam hektolitry pysznego soku ze świeżych pomarańczy… I wszystko było takie pyszne! :)

Przyszedł czas pożegnania się z Majorką. W sumie nie wiedziałam, że oprócz plaży i słońca, licznych klubów oraz imprez nocnych,  są tam cudowne trasy rowerowe, które pokochałam od pierwszego razu….

małe_6

….koszyczek lizboński

2

15 kwietnia 2017, czwartek

Wygrałam konkurs na najbardziej kreatywne przebranie o tematyce Wenecja, na wyjeździe integracyjnym z pracy! Cieszyłam się jak głupia,  bo wyjazd na weekend do Wenecji ( taka była nagroda) dla mnie był tak odlegly i niedoscigniony jak ….. lot na księżyc. Ale stało Się! Trzeba walczyć i niepoddawac się, nawet jeśli sytuacja wydaje się beznadziejna…… Wszystko zostało ustalone. Data: koniec karnawału wydawał się na Wenecje, idealny. Niestety wycieczka nie doszła do skutku, bo coś….. i zapropowano mi w zastepstwie Lizbone! Kocham Portugalię, a Lizbona jest dla mnie bardzo bliska sercu. Lizbona to miłość, ludzie, wino i śpiew.  I pare innych miłych rzeczy…..

Wlasnie wloczylismy się po starej części Lizbony, tam gdzie rzadko trafiaja się turyści i zachwycaliśmy się cudownym klimatem małych uliczek, praniem suszonym na linkach przewieszonych nad uliczka, nad kolorytem domów, i nagle zobaczyliśmy starsza kobietę, która siedziała przy maszynie do szycia przed  małymi drzwiami do kamienicy.

IMG_0018

Wyglądała tajemniczo. zajmowała mniej więcej polowe szerokości uliczki, ale nie wyglądała jakby się tym przejmowała. Spojrzała w nasza stronę, uśmiechnęła się, gdy zrobilismy jej pare zdjęć. Zaczela mówić coś do nas po portugalsku, pozostawało tylko uśmiechać się i słuchać. Nie znam portugalskiego.IMG_0014

W końcu wyciągnęła koszyczek robiony na szydelku i wręczyła mi go. Myslalam, ze wcisnęła mi go , bo chciala kasę.  Ale jakie było moje zdziwienie, gdy babcia odmówiła przyjęcia kilku euro. Nie bardzo zrozumiałam, ale to chyba była jakas przepowiednia….napewno powiedziała, ze koszyczek jest na Wielkanoc i ze trzeba włożyć do niego jajka i pójść do kościoła – tego się domyslilam. Nie wykluczone, a nawet bardzo prawdopodobne, ze powiedziała coś jeszcze, coś bardzo ważnego…..

IMG_0022

IMG_0023

IMG_0020

Wreszcie nastała Wielkanoc.

…. córka w Shanghaju, syn u babci (mamy ex), rodzice w sanatorium, brat w szpitalu….. Ale mam piękne wspomnienia. Koszyczek przypomnial mi o starej wiedźmie… o wszystkim wiedziala….o czym  jeszcze mowila…. Co mnie spotka?…dobrego…

Regeneracja

0

03 marca 2017, piątek

Ten tydzień regeneracyjny. Całe szczęście, bo mój organizm się tego bardzo domagał. Zregenerowałam się. A w dodatku w czwartek zafundowałam sobie Pancakes :). Z nutella, słonym karmelem, precelkami i snickersem. A na górze gałka lodów. Było przepyszne! I co? W piątek miałam taki power na porannym basenie, że ho ho. Świetne treningi pływackie. Bardzo jestem ciekawa jak pójdzie mi pierwsze pływanie w Sierakowie. …Widzę sens teraz w tych moich treningach. Każdy jest po coś. Nie ma biegania tak bo biegne, nie pływania, pływania i rower zawsze ma interwały . Cholera! wszystko takie trudne!. Moje nogi zaczęły mnie boleć, ale boję się, że to kości, stawy….Nakręcam moją głowę, że to trzeba rozruszać. Zobaczymy jak będzie jutro na szybkiej 15-tce biegu…..podobno potrafię biegać szybko. Ja wiem ze tak, bo tak było, ale musiałabym jeszcze zrzucić 4 kg, a to dla mnie jest mega trudne… Jak zrzucę, to mnie stawy nie będą boleć. Muszę!

Sama… zupełnie sama

0

27 lutego 2017, poniedziałek

Kalina pofrunęła :( .

Ja przeniosłam się do rodziców….wreszcie odetchnęłam! Co prawda nie jestem na swoim, a na głowie u rodziców, którzy mają swoje życie, swoje zasady, ale próbujemy sobie nie przeszkadzać…  Rozpoczęłam intensywne treningi biegowe. Ciężko. Interwały szybkie, w dodatku w siłowni na bieżni. Nie lubię tego, bo duszno i śmierdzi. Wolę zimno i świeże powietrze na zewnątrz. Ale na razie aura zupełnie nie sprzyja. Ciągle pada, lód lub błoto. To nie są warunki na przyśpieszanie. No i pokonuje te wszystkie zadane mi interwały. Powiem szczerze gdyby nie było nade mną P. skończyłabym po pierwszej serii, mówiąc, że nie dałam rady. Ale jednak dałam i z każdym nowym treningiem, są nowe wyzwania, które wydają mi się nie do pokonania… a jednak za każdym razem je pokonuje. W trakcie treningów, płaczę , bo już nie mogę , ale że nie mogę się zatrzymać bo jest P. , brnę dalej… i pokonuje wszystko. Podobno mogę, podobno będzie szybciej, podobno to tkwi tylko w mojej głowie… Na pewno trzeba czasu, żeby to wszystko pokonać i przyzwyczaić organizm do szybkości i do spokoju.

Wreszcie wypoczęłam w weekend. Sobota zupełna regeneracja. Poranek w niedzielę rozpoczęłam rowerem: 150 min na trenarzerze…ciężko i nudno – muszę jakieś filmy załadować :).

życie…

0

08 lutego 2017, środa

Przyszedł nowy rok …. a z nim nowe wyzwania :) . Rok rozpoczęłam z wielkim przytupem! Jestem szczęśliwa! Chyba najbardziej cieszy mnie sukces Kaliny, czyli 3 miesięczny kontrakt modelingowy w Shanghaju. Świetnie! Takiego doświadczenia życiowego 16-letniej dziewczyny, tylko pozazdrościć. A i ja nie będę się nudzić. Postawiłam sobie zadania, po raz pierwszy związane z rowerem: wjazd na Przehybe :), jakieś 14km  i średnio 8 % pochylenia,ale ostatnie 5km, to 10% stromizny…A potem Krwawa Pętla tamże….. To będzie 13 maja! potem za miesiąc 17 czerwca wjazd na Marmotte w Austrii (167 km w górach)… A w międzyczasie zawody triathlonowe: Sieraków, Warszawa, Poznań, Bydgoszcz, Gdynia…. Oj nie będę się nudzić, nie będę… :)

Będę biegała!

0

09 grudnia 2016, piątek

Rozsądek do mnie przemówił. Nie wykładam takiej kasy. Potem okaże się, że już robiłam w tym roku rezonans i mi nie przysługuje zwrot albo jeszcze inne historie… a do 15 stycznia pobiegam sobie. Albo będzie lepiej albo gorzej i zobaczymy co się dzieje na rezonansie. To dobre rozwiązanie. Najlepsze!

Dzisiaj rano pływanie z Kubą. 6x50m z gumą (tylko spętane nogi, bez ósemki), a potem jeszcze 4X50m. Łatwo nie jest, ale są efekty. Tak mi się zdaje. Do sezonu zostało 6 miesięcy. Rozpędzę się w końcu czy nie? Poprawki są najtrudniejsze. Właśnie dlatego jeśli zaczynacie weźcie dobrego trenera, który Wam ustawi technikę od początku. Nie pływajcie sami, bo potem bardzo trudno wyjść z błędów.

Rezonans?

0

08 grudnia 2016,  czwartek

No i masz babo placek! Dzisiaj poszłam prywatnie do lekarza sportowego, żeby klepnął mnie po plecach i powiedział głośno: Możesz! W sensie: biegać możesz. Ale gdzie tam! nigdy nic nie jest takie proste u mnie. Pan doktor spojrzał na badania i stwierdził, że nie jest na 100% pewny, że to było złamanie przeciążeniowe. No to co? Nie wiem, nie mogę na podstawie tomografii zdiagnozować. Czyli potrzebny jest rezonans, aby potwierdzić, ze to było złamanie lub wykryć coś innego lub, co jest najgorszym przypadkiem, nic nie wykryć i wtedy zaczynają się nowe poszukiwania co mi jest. Co tchu, więc, zapisuje się na rezonans. W Lux-Med’zie nie ma miejsc i nie mogą mi tego miejsca zapewnić w ciągu 10 dni, ale proponują, że mogę zrobić badanie we własnym zakresie, a oni później zwrócą mi 100%. Układ podoba mi się – partnerski. Dzwonię więc do Carolina Center, gdzie przyjmuje ten lekarz sportowy, i umawiam się na jutro na rezonans magnetyczny. :) Bez problemu jest miejsce. :) Spadłam z krzesła w momencie jak Pani powiedziała mi cenę badania: 1 tys. zł, i  przysługuje mi 10% zniżki……

No i muszę wyłożyć 1 tys. zł na diagnostykę, która nie wiadomo czy się przyda. Bo nie wiadomo do końca co mi jest…..Co prawda LUX-MED zwróci mi kasę, ale czy na pewno? czy nie dopatrzą się jakiś nieścisłości? Przed świętami wydam, a co na święta zostanie? Mają 30 dni na zwrot, i na pewno wcześniej tego nie zrobią… itd. Pytanie nasuwają się i dręczą moja głowę. Trochę skomplikowane…trzeba podjąć decyzję. Ja jednak nie mniej kontynuuje swoje treningi pływackie i rowerowe. Biegowe na razie w zawieszeniu. Biegam malutko i ostrożnie ok 5 km w tygodniu, no może 2 razy po 5km tez mi się zdarzyło. Świetnie się czuję i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie swobodnie będę mogła biegać, bez strachu, że sobie coś „zepsuje” mocniej.

 

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 tommek