Obturacja …..

0

21 kwietnia 2017, piątek

Zaczynałam sie martwić, zeby nie powiedziec wkur…. Nie mogłam zapanować nad swoim oddechem na basenie. To było straszne. Mimo przyjmowania leków rozkurczajacych oskrzela, nie byłam w stanie wydajnie pływać. Treningowe ćwiczenie nabierania oddechu co piąty ruch ręka , dla mnie było nie do przejścia. Nie mówiąc już o oddechu co 7-my ruch. Na sprawdzianach nie udawało mi sie powtórzyć swoich wyników,  a co dopiero polepszyć. Na szczęście znajomi zauważyli, ze jestem przemęczona i wręcz nakazali sie zbadać. Spirometria wskazała jednoznacznie: obturacja. Trochę sie ucieszyłam bo nareszcie wiem co mi jest. W następnym tygodniu mam spirometrie badająca czy jest to odwracalna obturacja…. Wierze, ze tak jest. Za dużo w tym roku szpitalow i poważnych chorób wsród najbliższych….

Za tydzień na długi weekend majowy jadę do Calpe z Krzysiukiem. Uwielbiam te wypady. Spontaniczne, al e zorganizowane do perfekcji, na luzie, ale dajemy po górach az sie dymi pod kaskiem. Tego mi trzeba! Na sterydach pojadę jak ta lala, zeby nie powiedzieć jak Boergen na nartach .  

Pogoda w tym roku nie dopisuje na wyjeżdżania na zewnątrz. Jutro zaplanowałam sobie Gassy, ale słyszę, ze za oknem wiatr i deszcz ( jest 3 w nocy, nie mogę spać po tych lekach, musze je brać wcześniej). Chciałam przewietrzyć Mambe. W sumie jeszcże nie była w Gassach. Chętnie zrobiłabym test czasowy. . Jestem strasznie ciekawa czy „pojedzie”….

Majorka – pierwszy wyjazd rowerowy w góry

0

07 kwietnia 2017, piątek

Bo w życiu chodzi o to, żebyśmy się spełniali… Ile razy stajemy przed prostym pytaniem, a nie wiemy co odpowiedzieć. Ile razy odkładamy na później ważne dla nas rzeczy, bo nasze to nie są ważne. Ile razy godzimy się na coś, na co nie mamy ochoty… Czy warto? Każdy dzień jest ważny. Każdy dzień musimy pamiętać. Nikt za nas nie umrze! Nie poddawać się.Postanowilam i ja zrobić to, co chciałabym zrobić, a nie oszczędzać i robić przyjemności innym, choć i to jest bardzo przyjemne. Ale tym razem wzięłam i podjęłam decyzję o wylocie weekendowym na Majorke, taki wypad rowerowy. Z Krzysiukiem jest świetnie. Nie ma jak to ten Sam świr na ten Sam temat, jesteśmy z tej samej bajki, reagujemy podobnie na te same rzeczy, śmiejemy się z tych samych dowcipów…..może to szkoła i środowisko nas podobnie  ukształtowały? Obydwoje byliśmy podekscytowani wyjazdem. Dla mnie zupełna nowość. Góry i rower szosowy… Martwiłam się bardzo. Wiadomo taki mistrz! A ja Kaśka . Więc jak będzie? A było cudownie. Przeżycia niedoopisania. Ciągniesz pedałami przez 14 km, pod górę o nachyleniu 14-16%. I wtedy myślisz sobie: i po co żarłam te rureczki, te pyszne czekolady, po co piłam tyle kaw ze smakowymi, najsłodszymi syropami świata, po co mam tę nadwyżkę 4 kg. Oj ciężko, ciężko było. :( małe_3

Pierwszy dzień to 140 km. Powrót jakieś 40 km, chociaż po równym to silny wiatr sprawił, ze kolana prawie odmówiły mi posłuszeństwa. Rezultat był taki, ze dojechaliśmy do wybrzeża o zachodzie słońca, zjedliśmy krewetki i już nie starczyło nam sił na pójście gdziekolowiek na spacer. małe_2

małe_4małe_1Drugiego dnia zrobiliśmy ciężkie 115 km, ale było pięknie. Słońce, cudowne widoki, przełęcze i wysokie góry. Nieustępujący silny wiatr spowodował, że znowu ciężko było wrócić. Tym razem zmobilizowalismy się i po odstawieniu rowerów poszliśmy w tzw. miasto….żeby rozruszać nogi. Następnego dnia mieliśmy już lot do Wwy, ale nie bylibyśmy świrami, gdybyśmy nie pojechali o świcie jeszcze na ostatni rozjazd. :) Jeszcze słońce nie wstało, a my gnaliśmy ponad 45 km/h na druga stronę wyspy. Było pięknie. Szeroka droga, żadnych samochodów, nikogo. Wschód słońca. Czy jest coś piękniejszego? Ta prędkość była podejrzana. Ale wyglądaliśmy bardzo profesjonalnie! Rzeczywiście powrót był trochę wolniejszy, z powodu wiatru. Ale w związku z tym, że była to ostatnia jazda, daliśmy moc na 200%. Uff! Zgrzałam się!

Śniadanie smakowało wysmienicie. Mniam! Zjadłam ze 100 tostów z pomidorami, jogurt z musli i truskawkami oraz wypiłam hektolitry pysznego soku ze świeżych pomarańczy… I wszystko było takie pyszne! :)

Przyszedł czas pożegnania się z Majorką. W sumie nie wiedziałam, że oprócz plaży i słońca, licznych klubów oraz imprez nocnych,  są tam cudowne trasy rowerowe, które pokochałam od pierwszego razu….

małe_6

….koszyczek lizboński

2

15 kwietnia 2017, czwartek

Wygrałam konkurs na najbardziej kreatywne przebranie o tematyce Wenecja, na wyjeździe integracyjnym z pracy! Cieszyłam się jak głupia,  bo wyjazd na weekend do Wenecji ( taka była nagroda) dla mnie był tak odlegly i niedoscigniony jak ….. lot na księżyc. Ale stało Się! Trzeba walczyć i niepoddawac się, nawet jeśli sytuacja wydaje się beznadziejna…… Wszystko zostało ustalone. Data: koniec karnawału wydawał się na Wenecje, idealny. Niestety wycieczka nie doszła do skutku, bo coś….. i zapropowano mi w zastepstwie Lizbone! Kocham Portugalię, a Lizbona jest dla mnie bardzo bliska sercu. Lizbona to miłość, ludzie, wino i śpiew.  I pare innych miłych rzeczy…..

Wlasnie wloczylismy się po starej części Lizbony, tam gdzie rzadko trafiaja się turyści i zachwycaliśmy się cudownym klimatem małych uliczek, praniem suszonym na linkach przewieszonych nad uliczka, nad kolorytem domów, i nagle zobaczyliśmy starsza kobietę, która siedziała przy maszynie do szycia przed  małymi drzwiami do kamienicy.

IMG_0018

Wyglądała tajemniczo. zajmowała mniej więcej polowe szerokości uliczki, ale nie wyglądała jakby się tym przejmowała. Spojrzała w nasza stronę, uśmiechnęła się, gdy zrobilismy jej pare zdjęć. Zaczela mówić coś do nas po portugalsku, pozostawało tylko uśmiechać się i słuchać. Nie znam portugalskiego.IMG_0014

W końcu wyciągnęła koszyczek robiony na szydelku i wręczyła mi go. Myslalam, ze wcisnęła mi go , bo chciala kasę.  Ale jakie było moje zdziwienie, gdy babcia odmówiła przyjęcia kilku euro. Nie bardzo zrozumiałam, ale to chyba była jakas przepowiednia….napewno powiedziała, ze koszyczek jest na Wielkanoc i ze trzeba włożyć do niego jajka i pójść do kościoła – tego się domyslilam. Nie wykluczone, a nawet bardzo prawdopodobne, ze powiedziała coś jeszcze, coś bardzo ważnego…..

IMG_0022

IMG_0023

IMG_0020

Wreszcie nastała Wielkanoc.

…. córka w Shanghaju, syn u babci (mamy ex), rodzice w sanatorium, brat w szpitalu….. Ale mam piękne wspomnienia. Koszyczek przypomnial mi o starej wiedźmie… o wszystkim wiedziala….o czym  jeszcze mowila…. Co mnie spotka?…dobrego…

Regeneracja

0

03 marca 2017, piątek

Ten tydzień regeneracyjny. Całe szczęście, bo mój organizm się tego bardzo domagał. Zregenerowałam się. A w dodatku w czwartek zafundowałam sobie Pancakes :). Z nutella, słonym karmelem, precelkami i snickersem. A na górze gałka lodów. Było przepyszne! I co? W piątek miałam taki power na porannym basenie, że ho ho. Świetne treningi pływackie. Bardzo jestem ciekawa jak pójdzie mi pierwsze pływanie w Sierakowie. …Widzę sens teraz w tych moich treningach. Każdy jest po coś. Nie ma biegania tak bo biegne, nie pływania, pływania i rower zawsze ma interwały . Cholera! wszystko takie trudne!. Moje nogi zaczęły mnie boleć, ale boję się, że to kości, stawy….Nakręcam moją głowę, że to trzeba rozruszać. Zobaczymy jak będzie jutro na szybkiej 15-tce biegu…..podobno potrafię biegać szybko. Ja wiem ze tak, bo tak było, ale musiałabym jeszcze zrzucić 4 kg, a to dla mnie jest mega trudne… Jak zrzucę, to mnie stawy nie będą boleć. Muszę!

Sama… zupełnie sama

0

27 lutego 2017, poniedziałek

Kalina pofrunęła :( .

Ja przeniosłam się do rodziców….wreszcie odetchnęłam! Co prawda nie jestem na swoim, a na głowie u rodziców, którzy mają swoje życie, swoje zasady, ale próbujemy sobie nie przeszkadzać…  Rozpoczęłam intensywne treningi biegowe. Ciężko. Interwały szybkie, w dodatku w siłowni na bieżni. Nie lubię tego, bo duszno i śmierdzi. Wolę zimno i świeże powietrze na zewnątrz. Ale na razie aura zupełnie nie sprzyja. Ciągle pada, lód lub błoto. To nie są warunki na przyśpieszanie. No i pokonuje te wszystkie zadane mi interwały. Powiem szczerze gdyby nie było nade mną P. skończyłabym po pierwszej serii, mówiąc, że nie dałam rady. Ale jednak dałam i z każdym nowym treningiem, są nowe wyzwania, które wydają mi się nie do pokonania… a jednak za każdym razem je pokonuje. W trakcie treningów, płaczę , bo już nie mogę , ale że nie mogę się zatrzymać bo jest P. , brnę dalej… i pokonuje wszystko. Podobno mogę, podobno będzie szybciej, podobno to tkwi tylko w mojej głowie… Na pewno trzeba czasu, żeby to wszystko pokonać i przyzwyczaić organizm do szybkości i do spokoju.

Wreszcie wypoczęłam w weekend. Sobota zupełna regeneracja. Poranek w niedzielę rozpoczęłam rowerem: 150 min na trenarzerze…ciężko i nudno – muszę jakieś filmy załadować :).

życie…

0

08 lutego 2017, środa

Przyszedł nowy rok …. a z nim nowe wyzwania :) . Rok rozpoczęłam z wielkim przytupem! Jestem szczęśliwa! Chyba najbardziej cieszy mnie sukces Kaliny, czyli 3 miesięczny kontrakt modelingowy w Shanghaju. Świetnie! Takiego doświadczenia życiowego 16-letniej dziewczyny, tylko pozazdrościć. A i ja nie będę się nudzić. Postawiłam sobie zadania, po raz pierwszy związane z rowerem: wjazd na Przehybe :), jakieś 14km  i średnio 8 % pochylenia,ale ostatnie 5km, to 10% stromizny…A potem Krwawa Pętla tamże….. To będzie 13 maja! potem za miesiąc 17 czerwca wjazd na Marmotte w Austrii (167 km w górach)… A w międzyczasie zawody triathlonowe: Sieraków, Warszawa, Poznań, Bydgoszcz, Gdynia…. Oj nie będę się nudzić, nie będę… :)

Będę biegała!

0

09 grudnia 2016, piątek

Rozsądek do mnie przemówił. Nie wykładam takiej kasy. Potem okaże się, że już robiłam w tym roku rezonans i mi nie przysługuje zwrot albo jeszcze inne historie… a do 15 stycznia pobiegam sobie. Albo będzie lepiej albo gorzej i zobaczymy co się dzieje na rezonansie. To dobre rozwiązanie. Najlepsze!

Dzisiaj rano pływanie z Kubą. 6x50m z gumą (tylko spętane nogi, bez ósemki), a potem jeszcze 4X50m. Łatwo nie jest, ale są efekty. Tak mi się zdaje. Do sezonu zostało 6 miesięcy. Rozpędzę się w końcu czy nie? Poprawki są najtrudniejsze. Właśnie dlatego jeśli zaczynacie weźcie dobrego trenera, który Wam ustawi technikę od początku. Nie pływajcie sami, bo potem bardzo trudno wyjść z błędów.

Rezonans?

0

08 grudnia 2016,  czwartek

No i masz babo placek! Dzisiaj poszłam prywatnie do lekarza sportowego, żeby klepnął mnie po plecach i powiedział głośno: Możesz! W sensie: biegać możesz. Ale gdzie tam! nigdy nic nie jest takie proste u mnie. Pan doktor spojrzał na badania i stwierdził, że nie jest na 100% pewny, że to było złamanie przeciążeniowe. No to co? Nie wiem, nie mogę na podstawie tomografii zdiagnozować. Czyli potrzebny jest rezonans, aby potwierdzić, ze to było złamanie lub wykryć coś innego lub, co jest najgorszym przypadkiem, nic nie wykryć i wtedy zaczynają się nowe poszukiwania co mi jest. Co tchu, więc, zapisuje się na rezonans. W Lux-Med’zie nie ma miejsc i nie mogą mi tego miejsca zapewnić w ciągu 10 dni, ale proponują, że mogę zrobić badanie we własnym zakresie, a oni później zwrócą mi 100%. Układ podoba mi się – partnerski. Dzwonię więc do Carolina Center, gdzie przyjmuje ten lekarz sportowy, i umawiam się na jutro na rezonans magnetyczny. :) Bez problemu jest miejsce. :) Spadłam z krzesła w momencie jak Pani powiedziała mi cenę badania: 1 tys. zł, i  przysługuje mi 10% zniżki……

No i muszę wyłożyć 1 tys. zł na diagnostykę, która nie wiadomo czy się przyda. Bo nie wiadomo do końca co mi jest…..Co prawda LUX-MED zwróci mi kasę, ale czy na pewno? czy nie dopatrzą się jakiś nieścisłości? Przed świętami wydam, a co na święta zostanie? Mają 30 dni na zwrot, i na pewno wcześniej tego nie zrobią… itd. Pytanie nasuwają się i dręczą moja głowę. Trochę skomplikowane…trzeba podjąć decyzję. Ja jednak nie mniej kontynuuje swoje treningi pływackie i rowerowe. Biegowe na razie w zawieszeniu. Biegam malutko i ostrożnie ok 5 km w tygodniu, no może 2 razy po 5km tez mi się zdarzyło. Świetnie się czuję i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie swobodnie będę mogła biegać, bez strachu, że sobie coś „zepsuje” mocniej.

 

Powrót do biegania

0

05 grudnia 2016, poniedziałek

No i niestety stało się… Diagnostyka była prosta: złamanie przeciążeniowe. Z dalszych treningów oraz zawodów musiałam zrezygnować. Nie płakałam, byłam zła zła zła…na siebie. I tylko na siebie. Za  to, że nie zakończyłam zawodów, gdy organizm dawał mi sygnały, dość znaczące, żebym przystopowała, żebym dalej nie biegła, ale ja nie – BOHATERKA, musiałam do końca dobrnąć. Tylko po co, bo i tak na wynik nie mogłam już liczyć, na Fun również, więc? Pamiętajmy zawsze, że to co mówi nam nasz własny organizm jest najważniejsze. Czasami trzeba włączyć również mózg do poczynań sportowych…

Przebolałam to strasznie. To nie chodzi nawet o fizyczny ból, to chodzi o ból psychiczny, mentalny. Nie tylko nie mogłam biegać, nie mogłam po prostu wskoczyć na lewą nogę, nie mogłam brać udział w moich zawodach w Gdyni. A największym moim błędem było to, że pojechałam kibicować na te zawody…Przykro mi było, co tu dużo mówić….

Jest już grudzień, a ja rozpoczynam dopiero powoli wstawać do biegania. Rekonwalescencja trwała prawie 6 miesięcy. Za tydzień idę do lekarza sportowego, żeby dał mi tak naprawdę zielone światło do treningów biegowych. Teraz wiem jak ważne (choć zawsze powtarzałam jak to jest ważne) są ćwiczenia siłowe, rozciągające, rolowanie i mądrość treningowa. Ważne jest , żeby wiedzieć, że trening to również rozciąganie, to również ćwiczenia wzmacniające, ale to również odpoczynek – sumienny i dobra dieta. Wszystko w tamtym sezonie postawione było na głowie. Łudziłam się, że mam dużo czasu przed startami, treningi nie były systematyczne, a chaotyczne, rozciągania bardzo rzadko i zajęta głowa, która mówiła musisz zacząć odpowiedzialne treningi i  dusza, która namawiała – jutro, dzisiaj nie mam siły. Dieta również poszła sobie…rurek z Biedronki nie mogłam zapomnieć – ach ten słodki smak.

No dobra 6 miesięcy przeszło. Jest grudzień ..rozpoczęłam zajęcia z Ludwikiem. Nie wiem jak długo „pociągnę” zajęcia z trenerem, no bo kasa. Ale na razie staram się korzystać w pełni z przygotowanych na kartce treningów. Ja tylko je wypełniam. Koniec października miałam fatalny. Coś się ze mną stało, jakiś tragiczne czas. Nie mogłam zupełnie pływać, po 25 m miałam zadyszkę. Nie miałam sił. To było bardzo dziwne. Borykałam się z tym chyba 2 tygodnie. Ja po prostu fizycznie nie mogłam dalej popłynąć. Były sprawdziany, a Kuba nie wiedział co się ze mną dzieje. A ja po prostu nie dawałam rady…. Pierwszy raz w życiu coś takiego czułam. Nie zdążyłam zrobić sobie badań przed wyjazdem, żeby zobaczyć co się ze mną stało. Wyjechałam do Nowego Jorku na 3 tygodnie. Odstawiłam wszystko. 2 tygodnie spędziłam super! Nie myślałam o treningach, o bieganiu, siłce czy basenie. Po prostu szalałam :). Kawa ze Starbucks’a ze słodkim syropem co najmniej raz dziennie, Donuts, M&M’sy Resets i innym słodkościom nie było końca. Nasze ulubione ciastko z Magnolia Bakery, mój ulubiony nowojorski cheesecake i moje ulubione bajgle z pastą z awokado. W drugim tygodniu pobytu zaczęłam się zastanawiać dlaczego spodnie w udach tak mnie cisną… Całe szczęście, że chodziłam po Nowy Jorku całymi godzinami ( to trochę się spalało tych kalorii), bo by chyba pękły w tych udach :). Pojęłam wkrótce jak bardzo przytyłam, a dobiłam się Nowym Jorkiem. Podjęłam decyzję i zmotywowałam się na MAX’a, że koniec z tą fatalną w skutkach beztroskością i biorę się za siebie.

Do dzisiaj waga spadła o 3 kg. Jestem MEGA Zuch! Wróciła energia, wróciła siła, wrócił równy oddech. Jestem znowu mocna, jestem znowu pierwsza! Potrafię się zmotywować! Potrafię obyć się bez słodyczy, pszenicy. Jeść odpowiednio, przygotowywać dobre posiłki. Jestem Mega! Wczoraj pobiegłam pierwsze zawody 5 km po lesie Młocińskim. Podłoże niebezpieczne, bo zmrożony śnieg – trochę ślisko, ale mimo tego, biegło mi się super. Biegłam bez wysiłku, starałam się biec równo, nie na czas. Długie kroki, wysokie kolana. Super! Naprawdę było świetnie. Nic mnie nie bolało, więc biegłam sobie. Sprint przed metą – świetnie. Adrenalina nie odpuszczała przez cały dzień. I dlatego lubię sport. Daje mi uśmiech na całe dnie i tygodnie. Krew w żyłach płynie szybciej, aż chce się żyć! Życie, ach to ty…Kaska_20161204

 

 

Niefortunny Susz 2016

0

26 czerwca 2016, niedziela

W sobotę panował upał nie do wytrzymania. Wychodząc z naszego busiku, którym dojechałam na zawody z tą samą bandą co zwykle, nie dało się oddychać. Klimat typowo południowo europejski. Duszno i gorąco, nie do wytrzymania. Z nadzieją czekam na następny dzień….

Niestety słońce obudziło się również i następnego dnia i z tą samą mocą wkroczyło na sklepienie niebieskie. Temperatura wody 28 stopni! To niebywałe, ale zaczęłam myśleć o pływaniu bez pianki. :) Całe szczęście, że przyjechaliśmy na miejsce późno i już nie miałam co się zastanawiać. Po prostu założyłam szybko piankę i weszłam do wody, płynąc na linię startu. Płynęło mi się super. I chociaż na starcie byli wszyscy, ponad 600 osób (ok. 150 osób zrezygnowało ze startu), udało mi się nie zaczepić nikogo. Małe zadrapania – do opanowania. Nowy styl z wyprostowanymi rękoma oraz oddechem na dwa – spełnił zadanie. Byłam rozluźniona i płynęłam bardzo równo. Właściwie zdziwiłam się, gdy Wojtek wyprzedził mnie dopiero na rowerze… Wyszłam z wody pierwsza od chłopaków. Lekkie zdziwienie, bo na 2 km nie pływam na max’a! Po pływaniu byłam trzecia w swojej kategorii. Potem szybka zmiana i rower. Powiem szczerze pogoda nie do zniesienia, z góry słońce prażyło niemiłosiernie. Trzeba było naprawdę się rozpędzić, żeby chociaż odrobinę wiatru złapać. NA 70 km było ciężko, ale do zniesienia. Po zmianie T2, długo nie mogłam się rozpędzić w biegu… 31 stopni i trzy pętle z podbiegiem wokół jeziora. MASAKRA! Widziałam jak faceci mdleli, jak rezygnowali po pierwszych kilometrach biegu… 65 osób nie ukończyło zawodów! Cyfra mówi sama za siebie! Warunki były bardzo ciężkie. Po 10 km biegu poczułam lekki ból w piszczeli, ale myślałam zaraz przejdzie, bo znam ten ból. Ale nie przechodził! ból narastał i doszedł jeszcze ból w kolanie. Moja lewa noga była zdruzgotana! Nie wiem dlaczego postanowiłam za wszelka cenę ukończyć zawody. Nie wiem co mnie skłoniło do tego? Ładny medal? Ból był tak intensywny, że zdarzało mi się zawyć z bólu. To źle, że nie zeszłam.. skutki są tragiczne. Dopięłam swego: ukończyłam zawody truchtem, w bólu, ze łzami w oczach. Tylko po co? Przecież nie o to w tym wszystkich chodzi. Trochę się zapomniałam. To ma być FUN, od początku do końca, a nie jakaś tragedia. Jestem zła na siebie. Adrenalina wyłączyła mi mózg. :(

Teraz jestem unieruchomiona z bieganiem. Już drugi tydzień czekam na poprawę, na zanik bólu. Dostałam się do fizjoterapeuty, wierząc, że to jednak kwestia niedyspozycji mięśniowej, a nie kości. Fizjoterapeuta wskazał mi ortopedę. Ortopeda od razu dał skierowanie na tomografię. Czekam już 4 dni na opis badania. Czy to jest powtórka z przed 2 lat? Czyżby odrodziło się złamanie przemęczeniowe?

Muszę czekać i być cierpliwa! Nie rezygnuję z treningów pływackich, rowerowych i siłowych, oczywiście tych ćwiczeń, które nie kolidują z kontuzją. Gdynia jest pod znakiem zapytania…..

 

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 tommek